Marcin i Agnieszka

Marcin i Agnieszka
To banalna historia, obydwoje po rozwodzie, po 30-stce, z masą doświadczeń nie zawsze miłych, ale z gigantyczną chęcią pokierowania swojego życia tak, żeby uśmiechać się od ucha do ucha. Czy się uda, zobaczymy…

Pierwsze spotkanie – dzień przed Sylwestrem, zupełnie zwyczajne - kawa, ciacho i już, po prostu. Tak czasami bywa, że się zdarza…

Siedzieliśmy w kawiarni aż do momentu zamknięcia, to było zaskakujące, że może być tyle wspólnych płaszczyzn, przeżyć.

Zabawne choć nie śmieszne było to, że zatruliśmy się najprawdopodobniej deserem (adres kawiarni do wiadomości w redakcji :-),  ale zdaliśmy sobie z tego sprawę dopiero po powrocie do domu.

Co prawda pierwszego Sylwestra nie spędziliśmy razem, ale spotkaliśmy się kolejnego dnia i kolejnego, i kolejnego…

Jesteśmy już rok razem, mieszkamy wspólnie i pojawiają się dalsze plany, ale mając na względzie również to co przeszliśmy, staramy się nie oczekiwać zbyt wiele, a raczej cieszyć się tym co trwa.

A okazji do cieszenia się można wynaleźć całą masę. My ostatnio realizujemy się w gotowaniu, zwłaszcza kuchni tajskiej i wietnamskiej, w której się absolutnie zakochaliśmy.

Dodatkowo, bardzo ważne - podzieliliśmy wspólną pasję do motocykli, zjeździliśmy już pół Polski i na ten rok planujemy kolejne pół.

Nic tak nie zespala jak dwa tygodnie na motocyklu i jazda od jednego fajnego miejsca do drugiego, ze spontanicznymi zmianami celów, kierunków… Gdzie dojedziemy, tam śpimy pod namiotem, jemy z jednego garnka… Mam wrażenie, że zafundowaliśmy sobie trochę tak zwanego nastoletniego szaleństwa, czego wszystkim życzę.

Mam wrażenie, że zafundowaliśmy sobie trochę tak zwanego nastoletniego szaleństwa, czego wszystkim życzę.