Maciej i Marysia

Maciej i Marysia
Czasem jeden klik i odrobina szczęścia wystarczą, żeby życie wskoczyło na zupełnie nowe tory.

Wczesną wiosną ubiegłego roku, mniej więcej w tym samym czasie, obydwoje zarejestrowaliśmy się na portalu eDarling, jednak przez dłuższy czas nie wiedzieliśmy o swoim istnieniu.

Któregoś czerwcowego poranka system pokazał mi blond chłopaka z poważną miną i największymi niebieskimi oczami na świecie. Zaczęłam czytać jego opis. Wciągnęłam się. Kliknęłam w odpowiednią ikonkę żeby się uśmiechnąć do niego. On też się uśmiechnął, ale nie zagadał. Więc inicjatywę przejęłam ja.

Nigdy nie wiesz, co cię spotka. Ale czasem warto zrobić ten pierwszy krok, żeby pomóc szczęściu.

Po kilku dniach wymieniania wiadomości doszliśmy do wniosku, ze nie można przedłużać nieuniknionego, a sytuacja dorosła do spotkania.

Ustaliliśmy, ze spotkamy się w piątek, po pracy, pójdziemy cos zjeść, ewentualnie na jakieś dobre rzemieślnicze piwo, na którym, jak już się dowiedziałam, M. się zna. Co mogłoby pójść nie tak?

Nie przewidziałam dwóch rzeczy. Po pierwsze czerwcowych ulew.

Zanim nie dotarłam na miejsce spotkania, byłam przemoczona do suchej nitki. I do tego spóźniona. (Dziewczyny, zawsze w czerwcu noście parasol! Ewentualnie suszarkę w torbie ).

Kolejna rzecz: wybór restauracji. Umówiliśmy się jednej z popularniejszych knajp w naszym mieście. Niestety żadne z nas nie wypróbowało jej wcześniej. I co? Porażka. Było duszno i głośno. Trudno przy pierwszym spotkaniu przekrzykiwać dzieci bawiące się przy stole obok i odgłosy dobiegające z otwartej kuchni, nic więc dziwnego, że w miarę szybko stamtąd wyszliśmy (kolejna rada: na pierwsze spotkanie wybieraj miejsce, które znasz - unikniesz przykrych niespodzianek!).

Gdy wyszliśmy z restauracji, deszcz ciągle lekko mżył. M. wyciągnął parasol. I gdy spacerowaliśmy wśród starych kamienic, pomyślałam, że fajnie byłoby spotykać się z kimś, kto pamięta o tak prozaicznych rzeczach jak parasol. I kto jednocześnie jest na tyle zakręcony, żeby dyskutować o wyższości „Star Treka” nad „Star Warsami”. I w kogo towarzystwie czuję się tak, jakbyśmy znali się już dłużej, niż parę godzin.

Oczywiście następnym razem poszliśmy w bardziej znane nam miejsce. Zaczęliśmy powoli zarażać się swoimi zainteresowaniami. Prawie rok później wybieramy meble do naszego wspólnego mieszkania i planujemy wyprawę do Portugalii.

Jaka jest więc rada numer trzy? Nigdy nie wiesz, co cię spotka. Ale czasem warto zrobić ten pierwszy krok, żeby pomóc szczęściu.